Musisz pędzić po swoim własnym torze

Rafał Chmielewski 01 lipca 2016 5 komentarzy

Wczoraj, przyznam się szczerze, nie chciało mi się pracować. Wiesz … ja jestem z tych, których do roboty nie zmusisz, jak im się nie chce. 🙂 No w każdym razie nie chciało mi się, więc wziąłem rower i pojechałem do lasu.

Kiedy tak sobie jechałem tym swoim rowerem przypomniałem sobie, jak to kiedyś marzyłem o takim życiu właśnie. Nie chodzi o to, aby nic nie robić. Chodzi mi o to, aby spędzać czas tak, jak mi w danej chwili wygodnie. Kiedy pracowałem w korporacji, kiedy przemierzałem ulice stolicy z jakimiś chrzanionymi stosami dokumentów, które miały posłużyć do analizy sytuacji podatkowej jakiejś tam firmy, w środku dnia widywałem ludzi siedzących przy kawiarnianych stolikach i śmiejących się do siebie. Kiedy ja gnałem do smutnego biurka w moim boxie, przy którym jeszcze spędzę długie godziny, oni jedli sobie sernik popijając cappuccino. Ja byłem rozżalony – oni wydawali się szczęśliwi.

Więc marzyłem o takiej zmianie.

Która ostatecznie nastąpiła, z czego sobie zdaję sprawę i jestem za to wdzięczny opatrzności, że tak pokierowała moim losem.

Oczywiście nie jest tak, że kiedy Chmielewski jeździ, czy spaceruje po lesie, to nic się w firmie nie dzieje. Dzieje się i to wiele. Są przecież pracownicy – zespół który ogarnia bieżące zadania. A ja zawsze mam telefon pod ręką i zawsze go odbieram w razie potrzeby. Zresztą czasem mam wrażenie, że zespół ten lepiej sobie radzi beze mnie …

No dobrze… ale miało być o torach… 🙂

No więc obecnie mam wrażenie, że pędzę po torach, które życie przygotowało właśnie dla mnie. Są idealnie dopasowane do mojego rozstawu osi. Mknę po nich obserwując zmieniające się otoczenie – moje życie. Szybko, ale łagodnie. Mam wrażenie, że dzięki temu okoliczności same układają się po mojej myśli, a ludzie, którzy mnie otaczają, pomagają mi – nawet nieświadomie – realizować moje marzenia, cele i misję.

Jak do tego doszło? Co spowodowało, że znalazłem się w miejscu, w którym jestem obecnie? I na własnych torach?

Chcę Ci tutaj powiedzieć o pewnej sytuacji. I pewnej osobie, która miała na mnie niebagatelny wpływ na samym początku mojej drogi, jako przedsiębiorcy. Teraz – tak sobie myślę – bez niej bez wątpienia nie byłoby web.lex i firmy, która zmienia cały świat.

Tą osobą jest Wanda Łoskot – biznesowy doradca, szkoleniowiec, Polka zamieszkała na stałe w USA, prowadząca świetnego bloga Sukces Twojej Firmy. No więc dzięki Wandzie najpierw odszedłem z korporacji (a dlaczego to Ci kiedyś opowiem), a potem …

Zanim założyłem web.lex pomyślałem sobie, że zapiszę się do Wandy na szkolenie, pt. Dynamiczny Rozwój Firmy. [Nie wiem, czy ono jest obecnie dostępne w ofercie – jeśli tak, serdecznie Ci je polecam]. Ot po prosto dlatego, żeby się czegoś dowiedzieć. Zawsze bowiem warto posłuchać kogoś innego, a już na pewno Wandy, w temacie rozwoju biznesu.

Z tym, że Wanda to szkolenie zaczęła od rzeczy wyjątkowo „nieciekawej”. Mało interesującej dla wielu uczestników. Ale za to bardzo ważnej. Od tego, aby każdy z nas zadał sobie trud znalezienia swojego sensu istnienia. Według Wandy bowiem, firma powinna być dostosowana do tego, czego ja w życiu potrzebuję. Potem zresztą nie raz, nie dwa zdawałem sobie sprawę z tego, że to jedyna słuszna droga. Nie tylko w małym, ale też w wielkim przedsiębiorstwie.

No więc – jak w szkole – „wyciągnijcie karteczki i piszcie, co chcecie w życiu osiągnąć…”

Kurde, no przecież wiem… po co to pisać…

Ale zacząłem.

I lista ta wyglądała tak:

Chcę:

  • zarabiać 50 tys. miesięcznie
  • mieć 20 mln oszczędności
  • mieć dom
  • jacht
  • BMW

I… stała się rzecz magiczna, coś co spowodowało, że już dalej nie pisałem… tych głupot! Nagle zrozumiałem, że żyłem przez ponad 20 lat w przeświadczeniu, że ja tych rzeczy nie potrzebuję!!! Po co rzuciłem zawód muzyka i poszedłem do korporacji? No przecież, żeby więcej zarabiać! Chciałem mieć więcej i więcej… Co za bzdury! Oczywiście, że lepiej jest mieć więcej, niż mniej, i lepiej płakać w Mercedesie, niż w Polonezie, ale zrozumiałem wtedy, że posiadanie nie może być celem i sensem życia. Przynajmniej nie mojego!

Porwałem te papierowe bzdury szybko i dopiero wtedy zaczął się proces poznawania siebie. Czego ja tak naprawdę potrzebuję od życia, kim jestem, jaki jest mój generalny cel…

Nie odkryłem tego od razu – zajęło mi to… kilka miesięcy. Siadałem wygodnie w fotelu, zamykałem oczy i wyobrażałem sobie różne sytuacje i jak się w nich czuję. Podczas tych „sesji” ostatecznie w odstawkę poszła „potrzeba” splendoru, doktorat, który chciałem napisać, aby – jak się wtedy okazało – zadowolić własne ego i podnieść sobie w ten sposób poczucie własnej wartości, chęć udowadniania i pokazywania czegoś innym, i inne takie tam farmazony. Potrzeba odkrycia tego, co we mnie siedzi, naprawdę mnie wciągnęła. Zacząłem potrzebować odpowiedzi na fundamentalne pytania.

Zapisywałem kolejne kartki i kolejne wyrzucałem do kosza. Jednak coraz głębiej wchodziłem w siebie samego i coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, że zmierzam do rozwiązania całej zagadki.

Dość długo chodziłem z przedostatnią – jak się potem okazało – kartką. Nie pamiętam już co na niej było, ale na pewno nie BMW 🙂 Czekałem na głos intuicji. Zajęło jej to jakieś 3 miesiące. Aż pewnego dnia doznałem oświecenia!

Co powinienem był napisać, i co napisałem na ostatniej kartce?

Wiesz co? Od zawsze stawiałem sobie duże cele. Bywa, że przecież nie zawsze wszystko idzie jak po maśle. Piętrzą się przeszkody i pojawiają się niechciane okoliczności w szczególności, kiedy poprzeczka jest wysoko. W takich sytuacjach zawsze czułem się źle. Czułem bezsilność (chociaż nigdy żal, czy złość – nigdy też nikogo nie obwiniałem za własne porażki). No bo jak to? Umrę w końcu i moją ostatnią myślą będzie to, że kurde niczego w tym swoim życiu nie zrobiłem? Tego się zawsze obawiałem, a jednocześnie desperacko chciałem poczucia w chwili ostatecznej, że moje życie miało sens.

I pewnego dnia, jak zwykle to bywa – w całkowicie irracjonalnej chwili – bez fanfar, trąb anielskich, w tłoku w centrum hałaśliwego miasta, dotarło do mnie, że to jest dokładnie TO, czego od życia potrzebuję! Że chcę, żeby moje życie nabrało sensu. Chcę, żebym umierając miał poczucie, że to wszystko po coś było!

Zapisałem to… na kartce … Po pół roku poszukiwań odnalazłem swoje JA.

HURRA!

To było…, to jest dosyć abstrakcyjna wizja. Przez jakiś czas się zastanawiałem, jak ją wcielić w życie. I wyszło mi wiele różnorakich możliwości. A jedną z nich jest zmiana świata na lepsze, albo inaczej – pozostawienie go lepszym, niż go zastałem. Nie w skali globalnej – nie mam aż takich ambicji, przynajmniej teraz, ale w mniejszej skali.

Jednym z działań, które mogę zainicjować, aby dążyć do realizacji tej wizji, jest tworzenie – na przykład – kolejnych firm i ich rozwijanie. Kolejnym rozwiązaniem jest dbałość o ludzi. Co dla mnie z kolei jest zupełnie naturalną rzeczą, ale teraz przynajmniej wiedziałem, że nie muszę udawać twardziela – mogę być naturalny w swoim podejściu do innych (o tym jeszcze będę pisał na pewno nie raz).

Zrozumienie swojego świata dało mi też kryterium do dokonywania wyborów. Stało się swego rodzaju lakmusowym papierkiem: jeśli jakaś droga, czy wybór, obojętnie w jakiej dziedzinie życia, nie spełnia kryterium pozostawienia świata lepszym, nie interesuje mnie. To mi pozwoliło także nie patrzeć na świat przez pryzmat pieniędzy, ale tylko słuszności: nie ważne ile zarobię, ważne czy to przyczyni się do pozostawienia świata lepszym.

A teraz najlepsze… okazało się bowiem, że po odkryciu własnej drogi, zjechałem na tor przygotowany tylko dla mnie. Do tej pory moje osie były za wąskie, albo za szerokie i w rzeczywistości skakałem jadąc po belkach, a nie po szynach. Ten tor był kogoś innego. Kogo? Nie wiem, ale nie mój. A teraz nagle wjechałem na tor, który życie przygotowało tylko dla mnie. W związku z tym zacząłem jechać szybciej, wygodniej i spokojniej. A sprawy nabrały tempa. Okazało się, że wokół mnie są ludzie, którzy nieświadomie pomagają mi realizować moje cele, zamierzenia i moją misję. Okoliczności zaczęły układać się same na moją korzyść.

I tak jest do dzisiaj. I mam nadzieję, że tak pozostanie.

To dlatego mogę spokojnie w ciągu dnia pojechać do lasu nie martwiąc się tym, co będzie, bo na pewno będzie dobrze – tak, jak ma być.

***
Być może wydaje Ci się, że po prostu miałem szczęście. Być może tak faktycznie było. Ale kiedy poznasz mnie bliżej, to zobaczysz, że szczęście miałem głównie w tym, aby poznać kolejnych niezwykłych ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć biznes i ustawić go we właściwy sposób. Szczęście szczęściem, marzenia marzeniami, ale wszystko powinno ostatecznie przybrać racjonalny kształt.

Póki co jednak, zadbaj o własny fundament.

The main Sydney/Melbourne railway line on a foggy winter's morning

{ 5 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Paweł 6 grudnia, 2016 o 11:11

Sun Tzu Sztuka wojny
„Poznanie innych i poznanie siebie to zwycięstwo bez ryzyka. Poznanie otoczenia i poznanie sytuacji to zwycięstwo całkowite.”
„Kto zna wroga i zna siebie, nie będzie zagrożony choćby i w stu starciach.
Kto nie zna wroga, ale zna siebie, czasem odniesie zwycięstwo,
a innym razem zostanie pokonany.
Kto nie zna ani wroga, ani siebie, nieuchronnie ponosi klęskę w każdej walce.”

ty Rafale poznałeś siebie
gratuluję Ci bo mało kto ma odwagę i siłę by spojrzeć w głąb siebie i poznać siebie

Odpowiedz

Paweł 6 grudnia, 2016 o 12:01

🙂

Odpowiedz

Rafał Chmielewski 6 grudnia, 2016 o 20:59

Wiesz co Pawle? Tak zgadzam się, że mało kto ma dość siły i odwagi, by spojrzeć na siebie odpowiedzialnie. To takie spojrzenie w lustro. Sobie w oczy. Czasem to wymaga odwagi – po prostu.

Rafał 🙂

Odpowiedz

Paweł 6 grudnia, 2016 o 21:11

Wiesz co Rafale
Większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy że może to zrobić.
Podobno najtrudniej jest poznać samego siebie.
Skoro Ci się to udało należysz do nielicznych wyjątków.
Oby nigdy nie zabrakło tej odwagi 🙂
Paweł

Odpowiedz

Rafał Chmielewski 6 grudnia, 2016 o 21:13

To tak, bez dwóch zdań – większość o tym nie wie, że tak można/trzeba/warto 🙂

🙂

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: