Tak się złożyło, że moja firma administruje ponad setką firmowych blogów specjalistycznych.

Bywa, że od czasu do czasu któryś z naszych klientów nie może wystartować ze swoim blogiem. Coś go trzyma, pcha w tył, nie pozwala iść do przodu.

Dziś była to technologia.

MAM ogromy problem z tym wszystkim, jakieś tagi, seo itd nic mi nie wychodzi.”…

Oto moja odpowiedź:

[… odpowiedź znajdziesz w moim starym artykule na platformie Medium.com]

To był zwyczajny dzień. Ot, po prostu dzień, jak co dzień. Telefony, klienci, pracownicy, maile, i inne takie tam. W pewnym momencie dzwoni dzwonek do drzwi. Otwieram – listonosz.

– Dzień dobry, mam list polecony dla pana Rafała Chmielewskiego.

To ja, rzecz jasna. Więc list odebrałem, podpisałem co trzeba i otworzyłem kopertę… a w niej… Informacja z „Krajowego Rejestru Znaków Towarowych i Wzorów Użytkowych”, że powinienem wpłacić 800 pln tytułem rejestracji mojego znaku towarowego w tymże rejestrze.

O co chodzi?

Faktem jest, że właśnie taki znak towarowy zarejestrowałem. Ale co było to opłacenia, to opłaciłem! Dlaczego zatem mam zapłacić ponownie? Czyżbym nie wiedział wcześniej o wszystkich opłatach? Czym jest „Krajowy Rejestr Znaków Towarowych i Wzorów Użytkowych”? Dużo znaków zapytania…

Otworzyłem Google i próbowałem odszukać podpowiedzi. Nic. Tylko jakieś wiadomość na forach, na których lekturę nie miałem ani ochoty, ani tym bardziej czasu. Wtedy… zrobiłem coś, co powinienem był zrobić pół godziny wcześniej.

Zatelefonowałem do najlepszego, jakiego znam, rzecznika patentowego – Mikołaja Lecha. To on rejestrował znak towarowy LexMonitor, to on trzymał pieczę nad prawidłowym przebiegiem procesu rejestracji, to Mikołaj w końcu powiedział mi co i ile będzie kosztowało. Czyżby nie wspomniał o dodatkowym koszcie 800 pln? A może to ja niezbyt uważnie słuchałem…

– Cześć Mikołaju! Dostałem list od „Krajowego Rejestru Znaków Towarowych i Wzorów Użytkowych”, który chce, abym wpłacił 800 złotych za rejestrację znaku LexMonitor w tym rejestrze. Wiesz coś o tym?

– Zapłaciłeś już? – zapytał Mikołaj.

– Nie, bez konsultacji z Tobą nie zapłaciłbym nawet Bankowi Centralnemu.

– Uff, to dobrze… To nie jest żaden rejestr. To firma, która naciąga właścicieli znaków towarowych, takich jak Ty, żeby zapłacili za wpis do ich rejestru, który nie ma żadnego znaczenia. W każdym razie nie jest to rejestr urzędowy. A nazwa jest taka a nie inna, aby zmylić ludzi, że jest to instytucja państwowa. Zatem nie płać. A list wyrzuć. 

– Świetnie! Dzięki Mikołaju jak zwykle za szybką pomoc! 

Dzięki pomocy Mikołaja nie straciłem pieniędzy i zaoszczędziłem czas. A musisz wiedzieć, że to nie jedyna akcja, w której Mikołaj obronił mnie przed nieuczciwym działaniem. Inny przypadek dotyczył firmy z USA, która zarzuciła mi, że naruszam prawa do jej znaku towarowego… a tutaj już nie było „żartów” – sprawa była poważna, gdyż grożono mi procesem…

*****

Po co o tym Ci opowiadam?

  1. Przede wszystkim dlatego, żeby Ci pokazać, jaka jest między innymi rola rzecznika patentowego. To jest ten rodzaj profesji prawniczej, z którą dobrze powinieneś się zapoznać, jeśli prowadzisz firmę. Jeśli masz jakąś nazwę, albo nazywasz w jakiś sposób swoje usługi czy produkty, to masz do nich jakieś prawa, albo… może czyjeś prawa naruszasz… Tego nie wiesz, dopóki nie sprawdzisz. A to zrobi dobrze tylko rzecznik patentowy. Rzecznik patentowy pomoże Ci też je ochronić (ochronić Ciebie), jeśli będzie taka potrzeba.
  2. Po drugie – aby Cię ostrzec, byś nie szedł na łatwiznę i nie próbował dbać o swoje prawa samodzielnie, bo tego dobrze nie zrobisz. Na rynku jest jak w dżungli. Są tacy, którzy nie mają skrupułów, aby oskubać konkurenta. Jeśli wspierasz się profesjonalnym doradcą, to nie tylko on Ci pomoże w sytuacji podbramkowej, ale też pomoże Ci nie naruszać prawa kogoś innego.
  3. Po trzecie – abyś poznał Mikołaja. Osobę nietuzinkową, który nie tylko jest znanym rzecznikiem patentowym, ale jest też przedsiębiorcą z krwi i kości. Prowadzi dwa blogi [Znaki Towarowe, Wzory Przemysłowe], zatrudnia ludzi do swojego zespołu, zarządza nimi, motywuje do pracy, rozwija kancelarię patentową.
  4. Po czwarte i ostatnie, abyś posłuchał wywiadu z Mikołajem o tym, jak blog firmowy rozwija biznes:

 

Moje dziecko jako wspólnik mojej spółki

Rafał Chmielewski 18 sierpnia 2017 Komentarze (0)

Czy dziecko może być wspólnikiem spółki, w której innym wspólnikiem jest jego rodzic? 

Otóż mój synek Jaś – lat 10 – w tym roku przystąpił do pierwszej komunii świętej w Kościele Katolickim. Jak to zwykle bywa z okazji takich uroczystości, tenże Jaś nabył parę wartościowych prezentów oraz dość sporą sumę pieniędzy od zgromadzonych tego dnia gości.

Przez dłuższy czas się zastanawiałem, co – jako rodzic – powinienem swojemu dziecku zaproponować i doradzić w kontekście „utylizacji” znacznej sumy gotówki. Opcje bowiem, jak się domyślasz, są różne:

  • zakup jakiejś zabawki, ewentualnie zabawek
  • zatrzymanie tych pieniędzy w skarbonce
  • założenie malcowi konta bankowego i złożenie tychże pieniędzy tamże
  • inne… bliżej nieokreślone oraz to, które zasugerowałem w tytule.

Jak się domyślasz, Jaś wolał zabawkę (a dokładniej iPada), ja zaś wolałem przemówić mu do rozsądku, gdyż zakup iPada uważam za zbytek i fanaberię. A jeśli jesteś rodzicem to wiesz, jak trudno jest walczyć z dzieckiem, które jest uparcie przekonane, że wie lepiej, na czym ten świat się opiera 😉

Podstępnie zatem wymyśliłem inny sposób wykorzystania jego pieniędzy. Powiedziałem mu tak:

Jasiu, jak wiesz, zakładam nową firmę. Będę potrzebował pieniędzy na wkład do spółki. Włóż swoje pieniądze jako Twój wkład, a być może ostatecznie zarobisz na swoim udziale na wymarzonego iPada. Wtedy nie będę miał żadnych obiekcji – to będą Twoje zarobione pieniądze i zrobisz z nimi co będziesz uważał za stosowne.

Oczywiście chłopak dał się przekonać dość szybko. Dzięki takiemu zabiegowi nie tylko pomnoży swoje pieniądze (może), ale będzie też współwłaścicielem spółki – rodzinnej firmy. Być może ta inwestycja przyniesie mu krocie – być może straci, ale dokładnie wytłumaczyłem mu wcześniej na czym polega wkład do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i z jakim ryzykiem się to wiąże. Jaki będzie finał – zobaczymy. Na pewno dam Ci znać.

Obecnie spółka jest w trakcie rejestracji.

*****

Odpowiadając na postawione w tytule postu pytanie: Czy dziecko może być wspólnikiem w spółce jego prawnego opiekuna …. tak, może. Wymaga to tylko zgody sądu rodzinnego. W moim przypadku procedurę pomógł mi przejść mec. Zbigniew Korsak.

Jaś i jego siostra podczas „Wieczoru z biznesem” organizowanego przez Coraz Lepszą Firmę.

Kim jest Paweł? To Paweł Królak, który podczas jednego ze swoich szkoleń, którego byłem uczestnikiem, powiedział mi (nam), że wszelkie badania pokazują, iż poświęcanie się klientowi nie ma żadnego uzasadnienia (tę samą myśl znalazłem także w Programie Rozwoju – jeśli jeszcze z niego nie korzystasz, to – lekko mówiąc – robisz błąd jako przedsiębiorca). A ja wczoraj złamałem tę zasadę i się poświęciłem jednemu ze swoich klientów…

Co zrobiłem? Pojechałem do pewnego miasta 200 km tylko po to, aby pokazać mojej klientce, gdzie się wpisuje adres w przeglądarce internetowej. Straciłem czas i pieniądze. W tym czasie mógłbym zarobić, a nie stracić. Moja wizyta u klientki mogła trwać całe 2 minuty…

Żeby było gorzej, dobrze o tym wiem, że poświęcanie się klientowi nie prowadzi do większego zysku, czy przynajmniej większej lojalności. Zauważyłem tę regułę w swojej własnej firmie: klienci, którym się poświęcałem, wcale nie zostawali dłużej i nie płacili więcej niż inni. Dlaczego? Bo sedno wybitnej obsługi klienta wcale nie leży w tym miejscu, ale w innym. W zupełnie innym (w jakim? Musisz posłuchać 1 lekcji z Programu Rozwoju – ja Ci tego nie powiem – musisz wykonać TO). Nie ma żadnego sensu poświęcanie się, a już tym bardziej nie ma sensu stworzenie systemu, który będzie takie zachowania konserwował.

Zatem mając takie doświadczenia i taką wiedzę, zgrzeszyłem podwójnie, a może nawet potrójnie…

Jednak to zrobiłem. Zrobiłem z premedytacją. Świadomy konsekwencji.

Dlaczego?

Posłuchaj tej opowieści Garego Vaynerchuka:

Otóż … Pewnego dnia Gary poświęcił się klientce. Stracił jeszcze więcej niż ja, bo i odległość większa i czas pracy wielokrotnie bardziej wartościowy niż mój. A jednak zrobił to wbrew wszystkim oponentom w firmie, łącznie z jego ojcem.

Dlaczego?

Tłumaczy to na samym końcu: „Ta historia stała się fundamentem, w jaki sposób traktujemy każdego jednego klienta. Stała się przewagą konkurencyjną”. Historia ta stała się jednym czynników kształtujących jakość obsługi klienta. Ta historia ukształtowała kulturę w firmie w zakresie obsługi klienta.

Przez długi czas zastanawiałem się nad tym, czy powinienem przejechać te 200 km. Nie wiedziałem co zastanę i jaki jest powód tego, że mojej klientce nie działa to, co powinno działać bez najmniejszego problemu. Spodziewałem się jednak, że przyczyna jest prozaiczna, błaha, banalna. Ale jednak zdecydowałem się stracić… „stracić” czas i pieniądze bo –

– bo jako lider swojego zespołu to ja ustanawiam wartości i ja jestem odpowiedzialny za taką czy inną kulturę w moim przedsiębiorstwie. Wszystkie oczy zwrócone są na mnie. Ja jestem wzorem do naśladowania. Ja przewodzę tej organizacji. Ja chcę, aby szła w określonym kierunku i zrobię to najlepiej swoim własnym przykładem.

„Sorry, taki mamy klimat”

Rafał Chmielewski 06 lipca 2017 4 komentarze

Przypomniał mi się cytat klasyka, czy raczej klasyczki, kiedy jeden z moich klientów w odpowiedzi na moją odpowiedź na jego pytanie napisał mi coś wspaniałego:

Dziękuję za odpowiedź. Szczerze mówiąc byłem pewien, że Pan to napisze 🙂 Taki jest po prostu klimat Pana firmy. 

Klimat, czyli kultura. 

Warto mieć wyrazistą kulturę w firmie. Warto się wyróżniać. Dlaczego? Jest milion powodów. Wiele na ten temat powiedziałby na pewno Paweł Tkaczyk.

Ale weź na przykład MacDonalda i jego beznadziejne w smaku hamburgery. A jednak tam chodzę – od czasu do czasu. Ty zapewne też. Nie dlatego, na boga, że chcesz zjeść coś wyjątkowego, tylko dlatego, że wiesz czego się tam spodziewać! Znasz to swoje uczucie, kiedy wchodzisz do tej restauracji, gdziekolwiek jest. Nie jest bajecznie, ale jest tak samo. Jakoś tam jest. Obojętnie jak. Komuś się podoba, komuś nie podoba, a ktoś ma to gdzieś, ale emocje są zawsze te same.

Dlaczego to ważne? Bo to daje poczucie bezpieczeństwa. Wiesz dokładnie, czego się spodziewać. A bezpieczeństwo to jednocześnie zaufanie.

Kultura w firmie daje poczucie bezpieczeństwa: pracownikom i klientom. Dlatego – między innymi – trzeba o nią dbać i ją budować. Wtedy każdy wie, czego się po takiej organizacji spodziewać.